Kotki, kocury i kociaki

(na marginesie wystawy Ja, kot. Koty w sztuce Japonii i Zachodu, w krakowskim Centrum Manggha)

Felis catus, kot domowy, jedno z najdawniej udomowionych zwierząt. Przynajmniej od pięciu-sześciu tysięcy lat – może i dłużej – żyje z człowiekiem, a może raczej obok człowieka i jego domu.

W starożytnym Egipcie zwierzę święte, w Europie przez dziesiątki wieków stworzenie tyleż użyteczne co niebezpieczne i budzące lęk, wreszcie domowy pupil.  W sztuce odnajdziemy odbicie całej tej ewolucji: od kotów dostojnych i tajemniczych, przez dzikie i łowne po przymilne futrzaki i leniwe piecuchy. Na jednym krańcu skali imponująca egipska bogini, na drugim kiczowate kociaki-słodziaki zaludniające popkulturę.

Egipt kota ubóstwił. Dobra bogini Bastet patronująca miłości, radości, muzyce, tańcom i domowemu ognisku, ma na kobiecym ciele kocią głowę albo całkiem przybiera kształt zgrabnej kotki. Egipcjanie koty mają za zwierzęta święte czuwające nad domostwami, dbają o nie i chronią, a po śmierci mumifikują. Każde znaczące muzeum archeologiczne ma w swej kolekcji nie tylko jakąś urokliwą figurkę Bastet, ale i wzruszające kocie mumie.

Grecy i Rzymianie kota ani na czczą, ani nie ignorują. Podobno podczas walki bogów olimpijskich z potworem Tyfonem, gdy bogowie salwowali się przybierając postać różnych zwierząt, Artemida miała zmienić się kotkę. Ale ten mit nie znalazł odbicia w sztuce. Kot żyje gdzieś obok, kręci się koło domu, wygrzewa na południowym słońcu, oczywiście poluje. Zaświadczają o tym liczne mozaiki pompejańskie. 

A w świecie judeochrześcijańskim kot znika z pola zainteresowania.

Czytaj dalej Kotki, kocury i kociaki

Człowiek w kole czasu

Ten tekst był pisany na ostatni tydzień karnawału. Wobec tego, co stało się 24 lutego nie sposób było zajmować się karnawałem i na chłodno badać walkę, nawet udawaną – a raczej: zwłaszcza udawaną. Jednak trzeba uswiadomić sobie, że tytuł tradycyjnie nadawany temu obrazowi, Walka karnawału z postem, nie ma pokrycia w jego treści. Opowiada o człowieku zapętlonym w Czas, który kołem się toczy. Dlatego, mimo pozornej niestosowności czasu i miejsca, warto przyjrzeć się tej walce-nie-walce.

Pieter Bruegel Starszy, 1559, Wiedeń, Kunsthistorisches Museum

Patrzymy okiem zniżającego lot ptaka, a może miejskiego urzędnika wychylającego się z okna ratuszowej wieży? Przed nami, w dole, rozległy plac. Na wprost niskie ceglane kamienice, po lewej gospoda, po prawej kościół, między nimi stragany, studnia, jarmarczny teatrzyk. Na placu roi się od ludzi, na pozór bezładnie tworzą się grupki dorosłych i dzieci, mieszają się ze sobą mieszczanie i żebracy, zakonnicy i kuglarze. Jedni się bawią, inni pracują; ktoś leje piwo z dzbana, gracze rzucają kośćmi, straganiarka piecze wafle, kobieta szoruje garnki, inna pucuje okno. Tańce, zabawy, muzyka, pochody i procesje, pogawędki, przepychanki, kłótnie, uczynki miłosiernie, modlitwy.. Toczy się życie flamandzkiego miasteczka, zarazem zwyczajne i niezwykłe. Jak to nieraz bywa przy oglądaniu obrazów Bruegla, wzrok przeskakuje od jednej grupki postaci do drugiej, szukając klucza do tego świata, którym zdaje się rządzić chaos. Rozpoznajemy niektóre postaci i scenki, widzieliśmy je już w Zabawach dziecięcych albo w Niderlandzkich przysłowiach.

Ciąg dalszy: Pieter Bruegel Starszy, Walka karnawału z postem

Zbo i Hanka

Wczoraj w wiedeńskiej Albertinie zakończył się świetny pokaz prac Amedeo Modiglianiego. Wystawa czasu pandemicznego, mniej oblegana niż zwykle, okazja by pobyć z obrazami i rysunkami w spokojniejszej atmosferze. Komu się udało, z pewnością kilka razy spojrzał im w oczy: Leopold i Anna, marszandzi, przyjaciele artystów, oczywiście obecni.

Kim byłby dla nas Modigliani, gdyby nie oni? Kim byłby dla nas Soutine? Nie ma co gdybać ani budować alternatywnej historii sztuki, ale nie da się zaprzeczyć, że niełatwo znaleźć na paryskiej Górze Parnas drugą taką parę. Chyba żaden marszand nie mógłby konkurować z nimi na liczbę wizerunków.  Modigliani, Utrillo, Derain, Kisling, Valloton, Foujita, Zamoyski, Zadkine, nawet Picasso – uwieczniali ich najwięksi artyści Montparnasse’u drugiej i trzeciej dekady XX wieku.  Ich portrety – malowane, rzeźbione i szkicowane – byłyby materiałem na rewelacyjną wystawę. Leopolda Zborowskiego i Annę zwaną Hanką (pomińmy kwestię, czy była rzeczywiście Madame Zborowską czy pozostała Mademoiselle Sierzpowską, to ich prywatna sprawa i nie ma nic do rzeczy) znał cały ówczesny awangardowy Paryż – i dość szybko o nich zapomniał.

Ciąg dalszy: Zborowscy: jedyna taka para

Mozartowie w czasach zarazy

Mało brakowało, a Ołomuniec mógłby stać się ostatnim etapem niedługiego życia Wolfganga Amadeusza Mozarta. I jeśli w ogóle zapisałby się w pamięci świata, to tylko jako genialne dziecko. W 1767 roku spędził tu dwa miesiące. Pobyt nie był zaplanowany, nie tyle przypadkowy co przymusowy, a do tego dramatyczny. Mozartowie – ojciec Leopold, matka Maria Anna, niespełna jedenastoletni Wolfgang i szesnastolatka Maria Anna, zwana Nannerl -odbywając kolejne, dochodowe muzyczne tournée po Europie dotarli jesienią tego roku do Wiednia. Przedsiębiorczy ojciec rodziny planował występy uzdolnionych potomków podczas uroczystości towarzyszących zaślubinom arcyksiężnej, zapowiedzianym na 14 października. Ślub nie doszedł do skutku, bowiem niedoszła panna młoda, bardzo młoda, bo zaledwie szesnastoletnia, zachorowała i zmarła. W Wiedniu rozszalała się epidemia ospy, nie niewinnej ospy wietrznej, ale tej prawdziwej, czarnej, śmiercionośnej zarazy.  

Rodzina Mozartów uciekła przed falą epidemii na niedalekie, a mniej ludne Morawy. 26 października stanęli w Ołomuńcu, w zajeździe Pod Czarnym Orłem przy Dolnym Rynku, w domu zwanym dziś pałacem Hauenschildów.

Cóż, po Wiedniu, Monachium, Paryżu, Wersalu albo Londynie Ołomuniec musiał się wydawać senną mieściną. Gospoda też nie spełniała oczekiwań „dostaliśmy paskudny, wilgotny pokój, gdyż nieliczne lepsze były zajęte”.  Niestety, chorobę przywieźli ze sobą: już wieczorem u małego Wolfganga dały się zauważyć pierwsze symptomy ospy: gorączka, lodowate dłonie i stopy, skarżył się na oczy. Leopold, medyk-amator, zaaplikował synowi Schwarzpulver zwany też Pulvis epilepticus niger, czyli „czarny proszek” sporządzony na bazie zwęglonego drewna lipowego, ówczesne panaceum na mnóstwo dolegliwości, coś jak później aspiryna. Noc była ciężka, ranek nie przyniósł poprawy. Gorączka rosła, puls był niemiarowy . Leopold ponownie zadał synowi cudowny proszek, dołożywszy i drugi, Margrafen Pulver, z korzeni piwonii wyrywanych w ostatniej kwadrze księżyca, sproszkowanych muszli, kości słoniowej i białego koralu oraz płatków złota. Wieczorem Wolfgang zaczął phantasierien, czyli majaczyć, trwało to całą noc i nie ustało następnego dnia rano.

Czytaj dalej Mozartowie w czasach zarazy

Na służbie u Rembrandta

W 1642 roku umiera Saskia van Uylenburgh. Zaledwie po dziewięciu latach małżeństwa Rembrandt van Rijn zostaje wdowcem i zostanie nim do końca życia.

Żadna kobieta nie zajmie miejsca Saskii, ale w tym domu będą rządziły kobiety: dwie służące, dwie gospodynie, dwie niańki, dwie kochanki Rembrandta. Geertje Dircx i Hendrickje Stoffels. O której z nich napisze współczesny malarzowi Samuel Hoogstraten “za żonę miał chłopkę niedużego wzrostu, ale o ładnej twarzy i tłustym ciele”? Nie dowiemy się, zbyt mało śladów zostawiły. Ale legenda o złej Geertje i dobrej Hendrickje, trochę romantyczna, trochę naiwna, mocno okraszona mizoginią, żyje od dziesiątków lat i ma się dobrze.  

Czytaj dalej Na służbie u Rembrandta

Koniec przerwy?

Przerwa długa. Już, już, wydawało się, że zbliża się do końca. A tymczasem nie tylko wiosenne i letnie podróże, ale i jesienne, okazały się nierealne. Dziwny czas w zawieszeniu, bez planów. Nawet podróże z książką w ręku są utrudnione, skoro pandemicznie zamknęły się biblioteki naukowe i akademickie. Niektóre nieśmiało uchyliły drzwi, ale najbardziej zasobne w fachową literaturę księgozbiory wydziałowe – nadal zamknięte na trzy spusty i światełka w tunelu nie widać. A kto by chciał polegać tylko na zasobach sieciowych, mocno się zawiedzie (ileż to razy słyszeliśmy, że w Internecie jest wszystko? wirus zweryfikował…).

Nie potrafię – albo raczej: nie chcę – pisać o sztuce polegając tylko na własnej głowie, inwencji, domysłach. To nie powieść. Muszę szukać, sprawdzać, porównywać. Interpretacja – tak, ale nie pełna swoboda. Więc pewnie ta przymusowa przerwa trochę jeszcze potrwa 😦

Niderlandiana 29: Droga do Middelharnis

Obrazem, w który ojciec potrafił patrzeć nadzwyczajnie długo, była Meinderta Hobbemy Droga do Middelharnis. Kanoniczny pejzaż szkoły holenderskiej. Siedział przed nim długo w londyńskiej National Gallery, a w domu, z papierów na biurku często wyciągał reprodukcję albo pocztówkę, miał ich kilka, patrzył i patrząc przepadał gdzieś w sobie. Nie rozumiałam tej jego fascynacji, nie mogłam pojąć, co też ciekawego jest w tym schematycznym obrazie, który mógł służyć co najwyżej za ilustrację perspektywy zbieżnej, a i to niezbyt skomplikowanej.  Żadnego napięcia, niespodziewanego błysku inności, anegdoty. Taka sobie wiejska, podmiejska sceneria.

Hobbema

Meindert Hobbema, pejzażysta średniej klasy, staranny i uważny, rysunek ma zwykle dokładny, drobiazgowy, jakby małostkowy, można by liczyć liście na drzewach, nic nie uroni. Maluje młyny i chałupy, listowie drzew raz mieniące się w słońcu, raz ocienione, koloryt “nasycony i miły dla oka”, takie trochę landszafty, sentymentalne, dają poczucie bezpieczeństwa, ale nużą. Będą go lubić za liryczny nastrój angielscy pejzażyści i barbizończycy. Hobbema, jeśli budzi sympatię, to biografią prostą, życiem skromnym i zda się, uczciwym:  syn stolarza albo cieśli, po śmierci rodziców umieszczony w sierocińcu, siedemnastoletni wstępuje do amsterdamskiego warsztatu Jacoba van Ruysdaela, zostaje cenionym uczniem, maluje sporo. Potem żeni się z dziewczyną, która jest służącą, zdobywa posadę miejskiego kontrolera win importowanych (to raczej księgowy niż koneser) i  porzuca zawód malarza. Mieszka w niezamożnej dzielnicy Joordan, sąsiad Rembrandta przy kanale – tylko z nazwy… – Różanym. W 1689 roku, dwadzieścia lat po tym, jak zamilkł jako malarz, powstaje ten obraz, inny niż wcześniejsze. Nie dowiemy się, dlaczego – dlaczego maluje, dlaczego inaczej, dlaczego właśnie to miejsce.

Czytaj dalej Niderlandiana 29: Droga do Middelharnis

Neapol: Teatro di San Carlo czyli dar niemuzykalnego króla dla muzykalnego miasta

Karol Burbon – VII król tego imienia w dziejach Neapolu, IV na Sycylii, a III na tronie hiszpańskim – nie był władcą wybitnym. Ani wódz, ani wizjoner, ani intelektualista. Osobowość pełna sprzeczności. Prywatnie jakoby prosty i przystępny, wierny i czuły, ale przewrażliwiony na punkcie majestatu i rytuałów: podobno nawet posiłki podają mu klęczkach. Raczej sztywny, słabo wykształcony, ulubiona rozrywka to polowanie. Co gorsza, król rozśpiewanego Neapolu nie lubi muzyki, opery tym bardziej. Ziewa podczas przedstawień. Czasem zasypia już po pierwszej arii. Zupełne przeciwieństwo ojca, króla Filipa V, który bez muzyki życia sobie nie wyobrażał. A jednak to ten władca, któremu los (bo nie mieszajmy w to słoni…) na ucho nadepnął, zafunduje poddanym największy i najpiękniejszy teatr, jaki w owym czasie powstał w Europie. I tym teatrem uwieczni swoje imię. A Neapol pokocha go i będzie pamiętał tylko z dobrej strony, jeszcze dziś.

Karol VII

Giuseppe Bonito, Karol Burbon, król Obojga Sycylii, ok. 1745

Jakkolwiek nie wybitny, okazał się bardzo sprawny, umiał dobierać właściwych ludzi i zaufać im, a trochę sprzyjało mu szczęście (czy inicjując wykopaliska w Pompejach, Herkulanum i Stabiach mógł przewidzieć, jak sensacyjne się okażą?). Bardzo chciał być dobrym królem. I pragnął, żeby go kochali, więc mimo całej hiszpańskiej sztywności starał się jak najwięcej pokazywać publicznie i łaskawie uśmiechać do ludu. Skoro jego poddani – od arystokratów po woziwodów – kochali muzykę, należało sprawiać im przyjemność uczestniczenia w spektaklach, a przy okazji upiec swoją pieczeń – cóż jest lepszą oprawą dla majestatu niż loża w rozświetlonej sali teatru?

San Carlo7

Czytaj dalej Neapol: Teatro di San Carlo czyli dar niemuzykalnego króla dla muzykalnego miasta

Niderlandiana 28: Mali mistrzowie (2)

Philip Wouwerman  Droga przez wydmę albo Wędrowiec z psem

Philips-Wouwerman-Path-through-the-Dunes

Znany jako malarz koni, zwłaszcza białego konia, to jego fingerprint. Ale maluje i inne, słynie z tego, że uzgadnia, harmonizuje maść konia i koloryt pejzażu.

Ten pejzaż, skromny, niewystawny, obywa się bez jeźdźca i wierzchowca. Piaszczyste wzgórza – raczej pagórki – skąpo porośnięte, widać, że często podmywane, być może na przemian wodą słoną i słodką. Kupa piachu, podmokła łąka, jakieś chaszcze, chwasty, mchy, stare drzewa wiszące nad diuną na słowo honoru, czuć chłód i wilgoć. Chałupa z lekko zapadniętym dachem, płot pastwiska. Pusto i cicho, jest jesień, albo bezśnieżna zima. Na drodze, między pagórkiem wyższym a niższym, człowiek i pies, wędrują. Za nimi płaskość aż po horyzont, rozmyta, niedookreślona, stamtąd idą. Przestrzeń człowieka to pas ziemi między złocistym piachem wydm a milionami litrów wody zmagazynowanymi w czarnej, deszczowej chmurze.

Czytaj dalej Niderlandiana 28: Mali mistrzowie (2)

Niderlandiana 27: Mali mistrzowie (1)

Podobno w siedemnastowiecznej Holandii powstało cztery do pięciu milionów obrazów i obrazków. Malowane na zamówienie, do wystawienia w sklepie, albo i na targu, wisiały w domach wyrafinowanych kolekcjonerów, w siedzibach władz i bractw, u zwykłych mieszczan, a jak piszą ówcześni podróżujący po Holandii cudzoziemcy, nawet w chłopskich domach. Rembrandt, Vermeer, Hals to wierzchołek, crème de la crème, kategoria poza konkurencją; za nimi – dziesiątki malarzy świetnych, setki dobrych albo tylko poprawnych, ale i tysiące mizernych. Nie wszystkich historia sztuki kwalifikuje jako “małych mistrzów”, ale wygodnie posługiwać się tym wspólnym mianownikiem, są “mali”, bo tematyka tych obrazów jest prozaiczna, przyziemna, to nie są wielkie historie wielkich ludzi i bogów, “mali”, bo skromne są rozmiary ich prac, a często i format malarzy niezbyt wielki. Znajdziemy tych małych Holendrów w galeriach całego świata. Trudno ich nie lubić, chociaż nie zawsze zachwycają.

Małych mistrzów warto kosztować nie tyle pomału, co w małych dawkach. Co nie zawsze łatwo wykonać, bo skoro już weszło się do Rijksmuseum albo do Mauritshuis, trudno zrezygnować z obejrzenia wszystkiego do cna, nawet po raz kolejny, i jeszcze kolejny.

Rijks2

Esias Boursse, Wnętrze z kobietą przy kołowrotku, 1661, Amsterdam, Rijksmuseum

Potrafią znużyć. Pięćdziesiąty, setny obraz w kameralnej, bocznej sali, enta scena rodzinna albo towarzystwo w wymuskanym wnętrzu, kolejny chłodny i pusty kościół, znów wiejski pejzaż albo diuna, znów statki na wodzie przybrzeżnej. Czarne i białe kafle, amfilady pomieszczeń, puc, glanc i miotła. Stragany i gospody. Puchary, kielichy, talerze, obrana na wpół cytryna. Powtarzalne pozy, gesty, sytuacje. Wszystko to urodziwe, ale nagle robi się duszno, ciasno jakbyśmy  zaglądali do dziecinnego pokoju, do domków dla lalek, kaset perspektywicznych. Mieszczańska, czasem drobnomieszczańska atmosfera osacza. Zaczynamy tęsknić za odrobiną dramatyzmu, może nawet za patosem, rozmachem, za włoską teatralizacją, hiszpańskim smutkiem, francuskim esprit. Niechby nie wszystko było tak konkretne, dosadne i uładzone, przewidywalne. Niechby coś objawiło się  w wielkim, zanadto nawet wielkim formacie. Niechby wyjrzała zza kotary jakaś posępna tajemnica i przeleciała nam dreszczem po plecach.

Czytaj dalej Niderlandiana 27: Mali mistrzowie (1)