Dzień powszedni małego kastrata

Tagi

, ,

Z rejestru neapolitańskiego konserwatorium Pietà dei Turchini za rok 1740: „Giovanni Francesco Pellegrino, eunuch śpiewający kontraltem, wielce uniżony sługa Jaśnie Oświeconego Pana, przybywszy z Lukki prosi pokornie by przyjęto go do Królewskiego Konserwatorium Pietà dei Turchini, aby osiągnął większą biegłość w dziedzinie muzyki”. Takie podanie składa mały kastrat, z pewnością pod dyktando, raczej nauczyciela muzyki niż rodziców, być może słabo piśmiennych. Giovanniego do Pietà przyjęto, o jego dalszych losach nic nie wiemy: czy wytrwał w konserwatorium, czy – jak bardzo wielu – opuścił je sam lub został usunięty z powodu braku postępów albo nieregulaminowych postępków? Wielkim śpiewakiem nie został. Jedna z tysięcy małych ofiar wybuchowej mieszanki ambicji, biedy, chciwości i miłości do muzyki.

kastraci1

Trophime Bigot, Mały śpiewak (fragment), ok. 1630.

Do Neapolu, do słynnych czterech konserwatoriów, przybywają chłopcy jemu podobni, których rodziny marzą o tym, by młody śpiewak podbił świat jako nowy Cafarelli albo Farinelli, a przynajmniej by zapewnił sobie – a także rodzinie, bliskim, nauczycielowi muzyki – przyzwoite utrzymanie. Chłopcy okaleczani brutalnie w wieku 8-10 lat, czasem przez chirurga, ale częściej przez zwykłego cyrulika, nieraz bez żadnego znieczulenia, dla zatamowania upływu krwi wsadzani do lodowatej wody albo mleka. Nieliczni osiągnęli sukces, wielu zasiliło kościelne i operowe chóry. Zapewne wszyscy zmagali się z traumą.

Patrick Barbier („Neapol się bawi”)∗ rekonstruuje, na podstawie licznych źródeł, codzienne życie małych kastratów przysposabianych do śpiewaczej kariery.

Czytaj dalej

Reklamy

Neapol : Res Magna Miser

Tagi

, ,

Gmaszysko przeogromne. Kolosalne. Architektonicznie nijakie. Widziane z ukosa z via Foria, za ogrodem botanicznym, nie zachęca by podejść. Gładkie ściany bez podziałów i ozdób, prosty, nieskończenie długi gzyms, małe okna. Więzienie? Koszary?

alb1

To imponujący rozmachem projekt króla-filantropa i jego ministra, dziecko oświeconego absolutyzmu: mega-przytułek dla ubogich poddanych. Jego sprawcą jest Karol Burbon (1716-1788) o wielokrotnej numeracji: VII w Neapolu, IV na Sycylii, na tronie hiszpańskim zasiądzie jako trzeci król tego imienia. Prawnuk Ludwika XIV – nie ma jego postury i majestatu. Syn księżniczki Parmy Elisabetty Farnese – nie ma jej władczego charakteru i wybujałych ambicji. Nieduży, nieładny, podobno nieśmiały, niezbyt utalentowany, ale na tyle inteligentny, by otaczać się fachowymi ludźmi i obdarzać ich zaufaniem. Prywatnie skromny i prosty, lecz majestat władzy leży mu na sercu: kultywuje rytuały, symbole, publicznie lubi być czczony. Ale ma też głębokie poczucie obowiązku wobec poddanych.

Czytaj dalej

De domo Wittgenstein

Tagi

, , , , ,

Tę twarz znają wszyscy miłośnicy malarstwa Gustava Klimta: Margherita Wittgenstein, niebawem Margaret Stonborough. Zwana w rodzinie „Gretl”, córka potentata stalowego, jednego z najbogatszych austriackich przemysłowców, siostra Ludwiga-filozofa i Paula-jednorękiego pianisty. Portret zamówiła u Klimta jej matka i ofiarowała w prezencie ślubnym. Margherita nie była ze swego wizerunku całkiem zadowolona (podobno zażyczyła sobie, by poprawić wykrój ust), ale nie rozstała się z obrazem aż do śmierci, mimo że sukcesywnie wyprzedawała to i owo z domowych zasobów. Monachijskiej Nowej Pinakotece portret sprzedał jej syn i spadkobierca, Thomas.

wittg3    wittg14

Na portrecie ma lat 23, jest rok 1905, wybiera się za mąż, a może raczej: ucieka za mąż z rodzinnego domu, wylęgarni traum. Co o tym toksycznym środowisku wiedział Klimt, blisko związany z ojcem „Gretl”, mecenasem Wiener Sezession? Coś chyba wiedział, skoro nadał jej twarzy wyraz, którego na próżno szukalibyśmy na współczesnych gabinetowych fotografiach. Łabędzicy z portretu nerwowo drżą wargi,  szeroko otwartymi oczami spod krzaczastych brwi patrzy intensywnie, a trochę nigdzie, jest w tym trwoga zmieszana z bezradnością, duma podszyta lękiem. Kłębek sprzeczności. Ale podbródek wysoko podniesiony, szyja wyprężona; wie, kim jest, pytanie: kim będzie, czy sprosta, czy chce się zmierzyć, czy warto?   Charakteru jej nie brakowało. Dumna, krytyczna, władcza, uparta, aktywna, lubiąca manipulować ludźmi. Ale zarazem hipochondryczka, krucha psychicznie, opiekuńcza. Zdolna i pogmatwana, jak wszyscy w tej rodzinie.

Czytaj dalej

Niderlandiana 24: Nowa Holandia?

Tagi

Kiedy patrzymy na mapę siedemnasto-, osiemnastowiecznego świata trudno wypatrzyć Republikę Zjednoczonych Prowincji, jest mała jak okruszek. Ale dobrze widać rozrzucone po obu półkulach jej zamorskie posiadłości, a zwłaszcza to, co później nazwano Holenderskimi Indiami Wschodnimi: Jawę, Sumatrę, Molukki, część Nowej Gwinei. To trwała – na ponad trzy wieki – zdobycz kolonistów i udziałowców Kompanii Wschodnioindyjskiej, potem własność holenderskiej korony. Był jeszcze Surinam, holenderska część Gujany. Cejlon.  Kraj Przylądkowy, gdzie przystawały holenderskie okręty, a marynarze regenerowali siły i gdzie pozostał niezwykły ślad niderlandzkiego epizodu: język afrikaans. Kilkuwiekowy związek Holandii i Indonezji widać wciąż na ulicach Amsterdamu – to ludzie, obyczaj, kuchnia.  A właściwie nie pamiętamy już o tym, że ekspansja kolonialna holenderskich kompanii handlowych kierowała się tyleż na wschód, co na zachód. W Zachodnich Indiach, na kontynencie amerykańskim, gdzie wszystko wydawało się obiecująco nowe, trochę inne, a trochę niczyje, próbowali, ku pożytkowi własnemu i ku chwale swej ojczyzny, założyć Nowe Niderlandy. Obok Nowej Anglii, Nowej Szwecji, Nowej Francji (i Nowej … Kurlandii – lennik polskiego króla też próbował kolonizować Amerykę!).

NH

W 1614 roku wyprawa Henry’ego Hudsona, angielskiego kapitana w służbie Republiki, wysłannika Maurycego Orańskiego, miała przetrzeć nowy, północny szlak na Wschód – Daleki, zasobny, korzenny, herbaciany, jedwabny i bawełniany. A dopłynęła zgoła w inną część świata i Hudson jako pierwszy Europejczyk wpłynął na wielką, szeroką rzekę, którą potem nazwano jego imieniem. I to był początek holenderskiego osadnictwa w Ameryce: skusiły ich wieści, że okolica obfituje zwierzynę o gęstym futrze, doskonałym do produkcji wodoodpornych kapeluszy (ta zadziwiająca słabość holenderskich mężczyzn do kapeluszy!), a tubylcy są uprzejmi, ciekawi kontaktów, skłonni do negocjacji i wystarczająco naiwni. Pierwsi przybysze założyli dwie faktorie handlowe: Fort Oranje nad rzeką Hudsona i Nowy Amsterdam na wyspie Manhattan, którą pierwszy dyrektor generalny przysłany przez Kompanię Zachodnioindyjską kupił od Indian za równowartość ośmiu skórek bobrowych.

Czytaj dalej

Kiedy rano jadę osiemnastką (część druga)

Tagi

Osiemnastka jedzie nabrzeżem Smetany. Z lewej – Wełtawa, widok na Most Karola, oblężony od rana do wieczora, bez względu na porę roku. W tle zielone wzgórze Letna i słynny metronom, który stanął na postumencie wzniesionym pod olbrzymi pomnik Stalina, wysadzony w 1962 roku.

P1050656.JPG

Pomiędzy przystankiem Karlovy lázně i Staroměstská punkt newralgiczny, tu trasa tramwaju przecina najgłówniejszy turystyczny dreptak: w prawo ulica – jakże by inaczej –  Karlova, wiodąca do Staromiejskiego Rynku, w lewo – najsłynniejszy z praskich mostów, też ku czci Karola IV nazwany. Widok wspaniały, ale żeby zaznać uroku tego miejsca trzeba przyjechać baaardzo rano, żeby nie utonąć w ludzkim potoku i nie ogłuchnąć. Tymczasem tramwaj mija kolosalne zabudowania Klementinum, jezuickiego kolegium, kolejnego symbolu zwycięskiej kontrreformacji w samym sercu heretyckiego miasta.

Czytaj dalej

Kiedy rano jadę osiemnastką (część pierwsza)

Tagi

Niekoniecznie rano. Ale reszta się zgadza: zadziwia co krok. To jedna z moich ulubionych tras tramwajowych w Pradze. Omija turystyczne samograje: Stare Miasto, Małą Stranę i Hradczany, w paru miejscach krzyżując się z tą główną i wiecznie oblężoną trasą. Tramwaj przemierza miasto z południa na północ, wykonując zygzaki i uskoki, przecina rzekę, pnie się na wzgórza; to jazda przez style, epoki, historie i symbole.

 

18tr

Start: VOZOVNA PANKRÁC (jak tu nie wspomnieć.. „polityka albo nieboszczyk pan arcyksiążę to nie dla nas, bo można się dostać za kraty na Pankrac”). Pierwsze dwa przystanki to Praga bezbarwna, trochę zapyziała, ale zaraz za przystankiem Palouček wjeżdżamy w starszą część dzielnicy Nusle.

nus1

Widok z placu Bratří Synků na nuselski ratusz. Źródło: Wikimedia (ŠJů)

Náměstí Bratří Synků: trójkątny plac otoczony zwartą zabudową z przełomu XIX i XX wieku. Kamienice we wszelkich stylach neo modnych przed I wojną światową i trochę środkowoeuropejskiej secesji.

Czytaj dalej

Zima w Pradze: wystawy, wystawy

Tagi

,

Zimą Praga równie piękna, jak każdą inną porą roku (zwłaszcza pod śniegiem, co niestety zdarza się ostatnio rzadko). Ale dzień krótki, bywa zimno, czasem mocno wieje. Jest się gdzie w Pradze schronić tej zimy: kilka wystaw smakowitych, nie takich, o których się mówi jak Europa długa i szeroka, ale ze wszech miar wartych obejrzenia.

Najpierw rocznicowa, monograficzna wystawa w Pałacu Kinskich na Staromiejskim Rynku: Norbert Grund (1717-1767) albo Urok dnia powszedniego:

P1080295.JPG

Nie całkiem powszedni to dzień, bo Grund to malarz wysmakowanych scenek z życia różnych sfer: rokokowe rozrywki w parku, mieszczańskie wnętrza, miejskie rynki, włóczędzy i żebracy.

Czytaj dalej

Żagań-Paryż, jak to blisko…

Tagi

, , , ,

Mapa myśli, skojarzeń i tropów prowadzących do i od Żagania jest nadspodziewanie gęsta. A najbardziej zdumiewający, brawurowy trop prowadzi od żagańskiego pałacu

sagan6

do Hôtel de Monaco w 7 dzielnicy Paryża, opodal Esplanade des Invalides. I dalej, na karty proustowskiego W poszukiwaniu straconego czasu, i jeszcze dalej – do pewnej francuskiej pisarki, autorki przykurzonych już bestsellerów, którymi świat emocjonował się ponad pół wieku temu.

Czytaj dalej

Sztuka buta : Manolo Blahnik

Tagi

,

Jeszcze przez dwa tygodnie w praskim Muzeum Kampa będzie czynna wystawa zjawiskowych butów Manola Blahnika. Dwieście kilkadziesiąt par bajecznych kreacji. Buty godne tego, by być prezentowane w muzeum sztuki współczesnej.

P1070646

Manuel Blahnik Rodríguez (ur. 1942), po matce – właścicielce plantacji bananów – Hiszpan, po ojcu farmaceucie Czech. Rodzice widzieli go raczej prawnikiem, dyplomatą albo politykiem, on od dziecka rysował. I – jak sam opowiada – od dziecka miał słabość do stóp, zwłaszcza do marmurowych stóp antycznych posągów… Od trzydziestu paru lat ubiera stopy kobiet w niebotyczne szpilki (podobno wygodne?). Szpilki znane z „Vogue’a”, ze zdjęć celebrytek na czerwonych dywanach obu półkul,  nosiła je Nicole Kidman w filmie „Moulin Rouge”,  Sarah Jessica Parker w „Seksie w wielkim mieście” i cała żeńska część dworu Marii Antoniny, z królową na czele, w filmie Sofii Coppoli.

Czytaj dalej

Requiem dla Chopina

Tagi

, , ,

Jak co roku, rocznicę śmierci Fryderyka Chopina uczczono wykonaniem Requiem Mozarta. Zgodnie z wolą zmarłego: sam Chopin wybrał, co ma być wykonane podczas mszy żałobnej i prosił przyjaciół, by spełnili jego życzenie. I tu zaczęły się schody, których nie przewidział.

Chopin zmarł 17 października. Msza żałobna i pogrzeb nastąpiły blisko dwa tygodnie później. Z powodu … mizoginii i przedziwnie rozumianego szacunku dla tradycji. W kościele La Madeleine (a może we wszystkich parafialnych kościołach Paryża?) nie do pomyślenia było, by w świątyni, w chórze, zaśpiewały kobiety. A Requiem bez kobiet zaśpiewać się nie da… Przez dni dziesięć trwały nerwowe zabiegi przyjaciół Chopina, w tym najbardziej zacnych i majętnych, by uzyskać stosowną dyspensę. Władze kościelne obstawały przy swoim. Padła propozycja … obsadzenia w partiach mezzosopranu i sopranu … kastratów. Byle nie kobiety. Paulina Viardot, słynna śpiewaczka, przyjaciółka Chopina, osoba temperamentna i obdarzona ciętym językiem, tak miała skomentować aferę:

Dla Kościoła mężczyzna, nawet bez jaj, zawsze jest lepszy od kobiety

Ostatecznie, sprawa oparła się o arcybiskupa Paryża. I ten w końcu wyraził zgodę, podobno był wielbicielem kunsztu Chopina i dla niego poczynił ustępstwo. 30 października 1849 roku, w kościele St. Madeleine odprawiono nabożeństwo żałobne, podczas którego muzycy Société des Concerts  wykonali Requiem Mozarta. Niemniej solistki, wielkie śpiewaczki owych czasów, mezzosopranistka Paulina Viardot i sopran Jeanne Castellane, śpiewały – gwoli przystojności – schowane za czarną pluszową kotarą. By nie razić niegodnym widokiem swoich owieczek i ich pasterzy?

To nie zamierzchłe średniowiecze, to się zdarzyło ledwie sto sześćdziesiąt pięć lat temu…