Niderlandiana 22 : Blaski, cienie i szarości

Tagi

Złote wieki zwykle nie są takie złote, jak chce legenda. Siedemnastowieczna Holandia była niewątpliwie krajem niezwykłym, ale i obrosła mitami, złudzeniami nad miarę. Europejska Arkadia. Niewątpliwie, kraj cudu gospodarczego zbudowany wysiłkiem tysięcy dzielnych, sprytnych ludzi, przedsiębiorców, kupców, bankierów, drobnych rzemieślników, marynarzy, rolników. Potrafili wykorzystać koniunkturę. Podziwiał ich Daniel Defoe:

podróżnicy całego świata, pośrednicy w handlu, faktorzy i maklerzy Europy. Kupują, by sprzedawać, sprowadzają, by eksportować, a większa część ich handlu służy temu, by być zaopatrywanym ze wszystkich stron świata, a następnie – by samemu świat cały zaopatrywać

Prowadzą niezliczone browary, rafinerie wódek, cukru, przetwórnie soli,  mydlarnie, wytwórnie farb, tytoniu, olejarnie i szlifiernie diamentów. Na zadbanych, zmeliorowanych polderach uprawiają i hodują, produkują słynne masło, sery, warzywa. Łowienie ryb mają we krwi, opanowują europejski rynek, w siedemnastym wieku tylko jeden śledź na dziesięć złowionych nie przeszedł przez holenderskie ręce. Mistrzowie budowy statków, inżynierii wojskowej i cywilnej. Przemysł tkacki zarzuca Europę suknem z Lejdy, płótnem z Haarlemu, jedwabiem z Amsterdamu i aksamitem z Utrechtu. Monopol na pieprz, goździki i gałkę muszkatołową z Cejlonu i Moluków, chińska porcelana i japońskie gadżety, w zawrotnym tempie budują fortuny udziałowców Kompanii Wschodnioindyjskiej.

bl6

Willem Kalf, Martwa natura z nautilusem i chińską czarką, 1662, Madryt, Museo Thyssen-Bornemisza

Czytaj dalej

Reklamy

Fanciulle z Ospedale della Pietà

Tagi

, , ,

Hasło: Ospedale della Pietà, odzew: Antonio Vivaldi. Słusznie, kapelmistrzował tam ponad trzydzieści lat.  A o dziewczętach, które też pracowały na sławę tego miejsca mało się pamięta. No cóż, nie pisały wspomnień, nie wyjeżdżały z Wenecji, w większości zostały anonimowe. Przetrwały w listach i wspomnieniach z podróży melomanów i snobów.

pieta4

Malarz nieznany, Portret Antonia Vivaldiego, 1723, Museo Internazionale e Biblioteca della Musica di Bologna

Barokowe Włochy wypracowały jedną z najciekawszych inicjatyw edukacyjnej nowożytnej Europy. Dzieci – sieroty nie tylko naturalne, ale i społeczne, pochodzące ze środowisk zmarginalizowanych, czy to z powodu niskiego urodzenia, czy to życiowych niepowodzeń – przygarniano do utrzymywanych przez dobroczynne instytucje przytułków. To nic szczególnego, tak dzieje się w całej Europie. Ale włoskie sierotki oprócz tradycyjnej edukacji, oprócz lekcji czytania, katechizmu, łaciny otrzymywały także gruntowne wykształcenie muzyczne. W Neapolu cztery hospicja przekształcono w konserwatoria, z których w XVIII wieku wychodzili najsłynniejsi kastraci, z Farinellim i Caffarellim na czele. Neapolitańskie przytułki – z jednym wyjątkiem – przyjmowały i kształciły wyłącznie chłopców; Wenecja zasłynie z muzykujących panien, wychowanek czterech tutejszych przytułków: Mendicanti, Incurabili, Derelitti (zwanego potocznie  Ospedaletto) i Santa Maria della Pietà.

pieta

Il Pio Ospedale della Pietà sulla Riva Degli Schiavoni, 1686, Wenecja.

Czytaj dalej

Niderlandiana 21 : Z Lejdy w Nowy Świat

Tagi

,

Nad brzegiem niepozornego kanału niewielka rzeźba, postać kroczącego mężczyzny. Łatwo ją ominąć i zignorować. Nie wydaje się bardziej interesująca niż wrocławskie krasnale albo zielonogórskie bachusiki rozsiane bez umiaru po ulicach, budynkach i zakamarkach. Ale towarzyszy jej tablica z listą nazwisk,  spodziewamy się, jak w wielu innych holenderskich miastach, upamiętnienia Żydów wywiezionych bez powrotu w kierunku Auschwitz, Birkenau, Sobiboru. Ta lista jest inna –  dopiero po chwili, gdy czytamy uważniej, zdajemy sobie sprawę, że stąd właśnie, z  nabrzeża Vliet, w 1620 roku odpłynęła słynna grupa purytanów pod przewodnictwem Williama Brewstera i Johna Carvera, by zaokrętować się w Delfshaven na statek Speedwell, a niebawem przesiąść na wyekwipowany przez Kompanię Londyńską i obsadzony przez ochotników z Anglii, słynny Mayflower.

leiden1

Autor rzeźby: Gert van der Woude, 1945

“Pilgrims and stangers on the earth”. To stąd wyruszyli Pielgrzymi, Ojcowie założyciele, legenda Ameryki. Pielgrzymi – purytanie, religijni nonkonformiści, kalwińscy zeloci, tępieni przez anglikańskich braci jako radykałowie opętani pragnieniem oczyszczenia Kościoła, dysydenci we własnym kraju. Żyli Słowem Bożym i żarliwą modlitwą, praktykowali chrześcijańskie cnoty, skromni, pracowici, obyczajni, rodzinni. Wyznawcy Boga groźnego, surowego Prawodawcy i sprawiedliwego Sędziego. Ich postawa nakazuje szacunek. Ale radykalizm, nawoływanie do bezwzględnej czystości moralnej i bezgraniczne podporządkowanie zapisom Pisma – budzi lęk. Na portrecie, co prawda imaginacyjnym, Brewster jest siwym starcem o lodowatym spojrzeniu: człowiek, który wie, że wie lepiej, widzi dalej, nie wątpi, nie znosi sprzeciwu:

Czytaj dalej

Plersch w Grodzisku

Tagi

, , , ,

Grodzisk Mazowiecki nie obfituje w zabytki. Jest świetny dworzec kolejowy i starszy od niego, przypominający kształtem parową lokomotywę dom zajezdny zwany Foksalem, trochę ładnych, mniej lub więcej stylowych (czasem: wielostylowych) willi. Jest cmentarz żydowski, niewielka część dawnej wielkiej nekropolii, tylko tyle po grodziskich Żydach zostało. I jest zgrabny dwór Mokronowskich, położony niegdyś w majątku Jordanowice.

P1060978.JPG

Śnieżnobiały, odnowiony, dziś siedziba szkoły muzycznej. Szczęśliwie zadbano o to, by zachować drewnianą stolarkę okienną i drzwiową, dwór uniknął koszmarnej, plastikowej tandety, która szpeci tysiące polskich zabytków, nie uchronił się przed tą zarazą odnowiony niedawno grodziski dworzec kolejowy. Ogrodowe niegdyś drzwi prowadzą do niewielkiego gabinetu (nie jest to sień ani westybul, jak skłonni bylibyśmy sądzić patrząc na elewację dworu, dawne główne wejście do budynku znajduje się zgoła gdzie indziej). Gabinetu, czyli pomieszczenia niegdyś niekoniecznie przeznaczonego do pracy, ale służącego również intymnemu wypoczynkowi i kameralnej rozrywce. I to niewielkie pomieszczenie od posadzki po sufit pokrył w latach 80. XVIII wieku czarującymi malowidłami Jan Bogumił Plersch, malarz Stanisława Augusta Poniatowskiego, dekorator Łazienek i Zamku Królewskiego.

Czytaj dalej

Niderlandiana 20 : Nisko, płasko

Tagi

,

Wieczorem zajeżdżamy na kemping w małej miejscowości gdzieś w tyrolskiej dolinie. Ötz – czy kraina Oz? Nawet zielonych okularów nie trzeba, by wszystko wokół było zielone. Łąka i  las. Góry są tuż, tuż, naokoło, nad nami, wszędzie, chociaż bardziej wyczuwalne niż widoczne z naszej przyziemnej, żabio-ludzkiej perspektywy. Dobre miejsce, jest dość wysoko, by pójść w górę, dojść i wrócić. Sporo ludzi, choć to jeszcze nie sezon. Dopiero rano zauważamy, że samochód naszego sąsiada ma holenderskie tablice, i jego sąsiada też, i sąsiada tamtego, i kolejnego… Że w recepcji leżą holenderskie gazety i reklamuje się piekarnia, która wypieka holenderskie (co by to nie miało znaczyć?) pieczywo. Że wszelkie informacje są zapisane nie tylko po niemiecku i w globish-english, ale i w tym znajomo germańskim i egzotycznym zarazem języku obfitującym w dyftongi. To miejsce Holendrów, widać że oswojone od lat. Odpoczywają od nieogarnionej płaskości swojego świata?

Czytaj dalej

Telemann w Żarach

Tagi

, , ,

Rocznicowo – 250 lat od śmierci – obrodziła nam muzyka Georga Philippa Telemanna, trochę niedocenianego, trochę zapomnianego, odwiecznie jakby ukrytego w cieniu Bacha i Händla. Koncerty, płyty, audycje radiowe – świetnie. Przy okazji wspomina się jego kontakty z Polską (może raczej należałoby powiedzieć: ze Śląskiem, Łużycami  i Małopolską?), Suitę polską, Koncerty polskie, partity alla polacca, inspiracje środkowoeuropejską muzyką taneczną. Ważnym „telemannowskim” miejscem są dolnołużyckie Żary, miasteczko stare, ciekawe, urokliwe i warte odwiedzenia. Choć dziś akurat telemannowskich klimatów w nim najmniej…

żary5

Georg Lichtensteger, Georg Philipp Telemann, miedzioryt, ok. 1745 (niestety, nie znamy wizerunku młodego Telemanna, z czasów gdy bywał w Żarach)

W 1705 roku w ówczesnym Sorau 23-latek objął stanowisko kapelmistrza na dworze hrabiego Erdmanna II von Promnitz. To świetny dwór, znany w całej Saksonii i nie tylko. Promnitz słynął jako meloman, od czasu powrotu z podróży do Francji wielbiciel muzyki francuskiej, utrzymywał kapelę, którą przez lata prowadził Wolfgang Caspar Prinz, sprowadzał włoskie i francuskie zespoły operowe i baletowe. W młodym Telemannie zobaczył entuzjastę, może naśladowcę albo kontynuatora szkoły wersalskiej. Nie bez racji. Sam kompozytor napisał w autobiografii

Studiowałem dzieła Lully’ego, Campry i innych mistrzów. Zagłębiłem się w tym stylu tak bardzo, że w ciągu dwóch lat napisałem blisko dwieście orkiestrowych uwertur

Czytaj dalej

Niderlandiana 19 : Kawałek żółtej ściany z daszkiem

Tagi

, ,

Paryż, 44 rue Hamelin, listopad 1922.  Już kilka miesięcy temu Marcel Proust postawił ostatnią kropkę i powiedział “Teraz mogę umrzeć”. A jednak ciągle jeszcze poprawia, to trzecia korekta Uwięzionej. Leży, półleży w ciemnym, cichym, obitym korkiem pomieszczeniu. Jest krańcowo wycieńczony, już nie je nawet owych dwu croissantów, które przez lata trzymały jego ciało przy życiu, podobno pije jeszcze piwo, zimne piwo dostarczane z ulubionego hotelu Ritz. W nocy z 16 na 17 listopada czyta raz jeszcze scenę agonii Bergotte’a, wraca do Vermeera i “najpiękniejszego obrazu świata”, jeszcze uzupełnia, dyktuje Celeście parę zdań. 18 listopada umiera.

[…] zalecono mu spokój. Ale ponieważ jakiś krytyk napisał, iż w Widoku Delft Ver Meera (wypożyczonym przez muzeum haskie na wystawę Holendrów) – obrazie, który Bergotte uwielbiał sądząc, że go zna bardzo dobrze – kawałek żółtej ściany, której Bergotte sobie nie przypominał, wymalowany jest tak wspaniale, że kiedy się patrzy wyłącznie na ten fragment, wydaje się niby szacowne dzieło sztuki chińskiej, samowystarczalne w swojej piękności, Bergotte zjadł parę kartofli, wyszedł z domu i udał się na wystawę.

vermeer.d

Czytaj dalej

Bohemiana 12 : wysłużony wdzięk pałacu Colloredo-Mansfeldów.

Tagi

,

Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że 90% z paru milionów turystów odwiedzających co roku Pragę przejdzie obok tego budynku. Lokalizacja pierwszorzędna, prestiżowa: ulica Karlová, z jednej strony, niemal na wyciągnięcie ręki, jezuicki kościół  Zbawiciela (Nejsvětějšího Salvátora) wtopiony w monumentalne założenie Karolinum, z drugiej strony Křižovnické náměstí, tuż, tuż, staromiejska Brama Mostowa wiodąca na most Karola, w poprzek ulica Křižovnická.  Pałac Colloredo-Mansfeldów nie wzbudza zainteresowania turystów. Okazała brama prowadzi na dziedziniec, ale ileż takich bram i dziedzińców mijamy chodząc po Pradze!

colloredo1

Praha 1-Staré Město, Karlova 189/2. Źródło: Wikimedia (VitVit)

Więc ludzki rój sunie ulicą w tę i we w tę, jedni w stronę staromiejskiego rynku, drudzy ku Hradczanom. A w pałacu Colloredo można się zaszyć w nieoczekiwanej ciszy i nostalgicznej atmosferze czasów przeszłych dokonanych. Dziś to własność praskiej galerii narodowej, miejsce czasowych wystaw sztuki współczesnej, dojmująco puste, choć dostępne za darmo. Lido po sezonie, śmierć w Wenecji.

Czytaj dalej

Niderlandiana 18: Kobiety Vermeera

Tagi

, ,

(na marginesie wystawy  Vermeer i mistrzowie malarstwa rodzajowego )

Johannes Vermeer portretów nie malował. Długa zresztą jest lista tego, czego nie malował: ani dzieci, ani zwierząt, ani martwych natur, ani morza, ani w ogóle pejzażu, wyjąwszy dwie delfckie weduty, w skali makro i mikro, ani “historii”, jeśli nie liczyć młodzieńczego Chrystusa w domu Marii i Marty i Toalety Diany. Prawie całe jego oeuvre to kameralistyka. W wielorakim sensie: “camera” – izba jest scenerią, kameralne są uwiecznione sceny, camera obscura zapewne pośredniczyła między tym, co widziane a płaszczyzną obrazu.

Te intymne sceny z wnętrza holenderskiego domostwa, zaaranżowane często w tym samym narożniku pokoju, przy tym samym oknie, to przede wszystkim przedstawienia istot domowych, kobiet. Raz jest to pani domu ważąca coś na szalkach, innym razem mierząca przed lustrem perłowy naszyjnik, pisząca list, odbierająca list z rąk służącej, grająca na szpinecie. Ciężarna (?) w błękitnym kaftanie czyta, chyba nie tyle miłosny liścik, co wiadomość z dalekiego świata, podpowiada nam ścienna mapa w tle. Może to owa “czekająca na powrót statku”, o której pisał Johan Huizinga? Innym razem służąca w skupieniu przelewająca mleko, dziewczyna nachylona nisko nad koronczarską robótką.

ver1

ok. 1662-1663, Amsterdam, Rijksmuseum. Źródło ilustracji: Wikimedia.

Czytaj dalej

Niderlandiana 17 : Dwaj giganci

Tagi

, ,

Łatwo ulec pokusie zbyt prostej opozycji Rembrandta i Vermeera. Na pozór wszystko ich różni.

Oeuvre Rembrandta liczy się w setkach obrazów, rycin i rysunków, lista wciąż dyskutowana i weryfikowana, kurczy się, ale niezmiennie imponująco długa. Dorobek Vermeera to niespełna czterdzieści obrazów, w większości raczej: obrazków, żadnych studiów, żadnych szkiców, jakby malował alla vista, albo jakby chciał zatrzeć wszelkie ślady.

Życie pierwszego znamy może nie w detalach, ale jednak nieźle; człowiek z krwi i kości, emocjonalny, uparty, dumny, lekkomyślny, niezależny, na drodze życia po kolei pojawiają się i odchodzą: głęboko pobożna matka, bogata, dobra i pogodna żona, zdolny, ale nie aż tak, jak tego oczekiwał, syn, oddana służąca-kochanka-opiekunka  (Kobiety Rembrandta), jest powodzenie, bankructwo, śmierć bliskich, samotność. Drugi kryje się za kilkoma zdawkowymi notatkami urzędowymi, znamy adresy, żonę i jej matkę, imiona licznych dzieci, to on umrze pierwszy i zostawi gromadę domowników, na całą biografię starczy kartka papieru.

remb13  vermeer

Twarz jednego znamy (a może raczej sądzimy, ze znamy) w dziesiątkach odsłon, min, kostiumów, w każdym okresie życia, z przenikliwych, pozowanych wizerunków własnych, choć niekoniecznie autoportretów (Tysiące twarzy, setki miraży). Twarz drugiego pozostaje nieznana, nawet jeśli badacze  próbują zobaczyć go w patrzącym nam w oczy młodym mężczyźnie z Żołnierza i kuplerki, a dla innych pewnie już na zawsze będzie miał amimiczną twarz Colina Firtha.

Czytaj dalej