Plersch w Grodzisku

Tagi

, , , ,

Grodzisk Mazowiecki nie obfituje w zabytki. Jest świetny dworzec kolejowy i starszy od niego, przypominający kształtem parową lokomotywę dom zajezdny zwany Foksalem, trochę ładnych, mniej lub więcej stylowych (czasem: wielostylowych) willi. Jest cmentarz żydowski, niewielka część dawnej wielkiej nekropolii, tylko tyle po grodziskich Żydach zostało. I jest zgrabny dwór Mokronowskich, położony niegdyś w majątku Jordanowice.

P1060978.JPG

Śnieżnobiały, odnowiony, dziś siedziba szkoły muzycznej. Szczęśliwie zadbano o to, by zachować drewnianą stolarkę okienną i drzwiową, dwór uniknął koszmarnej, plastikowej tandety, która szpeci tysiące polskich zabytków, nie uchronił się przed tą zarazą odnowiony niedawno grodziski dworzec kolejowy. Ogrodowe niegdyś drzwi prowadzą do niewielkiego gabinetu (nie jest to sień ani westybul, jak skłonni bylibyśmy sądzić patrząc na elewację dworu, dawne główne wejście do budynku znajduje się zgoła gdzie indziej). Gabinetu, czyli pomieszczenia niegdyś niekoniecznie przeznaczonego do pracy, ale służącego również intymnemu wypoczynkowi i kameralnej rozrywce. I to niewielkie pomieszczenie od posadzki po sufit pokrył w latach 80. XVIII wieku czarującymi malowidłami Jan Bogumił Plersch, malarz Stanisława Augusta Poniatowskiego, dekorator Łazienek i Zamku Królewskiego.

Czytaj dalej

Niderlandiana 20 : Nisko, płasko

Tagi

,

Wieczorem zajeżdżamy na kemping w małej miejscowości gdzieś w tyrolskiej dolinie. Ötz – czy kraina Oz? Nawet zielonych okularów nie trzeba, by wszystko wokół było zielone. Łąka i  las. Góry są tuż, tuż, naokoło, nad nami, wszędzie, chociaż bardziej wyczuwalne niż widoczne z naszej przyziemnej, żabio-ludzkiej perspektywy. Dobre miejsce, jest dość wysoko, by pójść w górę, dojść i wrócić. Sporo ludzi, choć to jeszcze nie sezon. Dopiero rano zauważamy, że samochód naszego sąsiada ma holenderskie tablice, i jego sąsiada też, i sąsiada tamtego, i kolejnego… Że w recepcji leżą holenderskie gazety i reklamuje się piekarnia, która wypieka holenderskie (co by to nie miało znaczyć?) pieczywo. Że wszelkie informacje są zapisane nie tylko po niemiecku i w globish-english, ale i w tym znajomo germańskim i egzotycznym zarazem języku obfitującym w dyftongi. To miejsce Holendrów, widać że oswojone od lat. Odpoczywają od nieogarnionej płaskości swojego świata?

Czytaj dalej

Telemann w Żarach

Tagi

, , ,

Rocznicowo – 250 lat od śmierci – obrodziła nam muzyka Georga Philippa Telemanna, trochę niedocenianego, trochę zapomnianego, odwiecznie jakby ukrytego w cieniu Bacha i Händla. Koncerty, płyty, audycje radiowe – świetnie. Przy okazji wspomina się jego kontakty z Polską (może raczej należałoby powiedzieć: ze Śląskiem, Łużycami  i Małopolską?), Suitę polską, Koncerty polskie, partity alla polacca, inspiracje środkowoeuropejską muzyką taneczną. Ważnym „telemannowskim” miejscem są dolnołużyckie Żary, miasteczko stare, ciekawe, urokliwe i warte odwiedzenia. Choć dziś akurat telemannowskich klimatów w nim najmniej…

żary5

Georg Lichtensteger, Georg Philipp Telemann, miedzioryt, ok. 1745 (niestety, nie znamy wizerunku młodego Telemanna, z czasów gdy bywał w Żarach)

W 1705 roku w ówczesnym Sorau 23-latek objął stanowisko kapelmistrza na dworze hrabiego Erdmanna II von Promnitz. To świetny dwór, znany w całej Saksonii i nie tylko. Promnitz słynął jako meloman, od czasu powrotu z podróży do Francji wielbiciel muzyki francuskiej, utrzymywał kapelę, którą przez lata prowadził Wolfgang Caspar Prinz, sprowadzał włoskie i francuskie zespoły operowe i baletowe. W młodym Telemannie zobaczył entuzjastę, może naśladowcę albo kontynuatora szkoły wersalskiej. Nie bez racji. Sam kompozytor napisał w autobiografii

Studiowałem dzieła Lully’ego, Campry i innych mistrzów. Zagłębiłem się w tym stylu tak bardzo, że w ciągu dwóch lat napisałem blisko dwieście orkiestrowych uwertur

Czytaj dalej

Niderlandiana 19 : Kawałek żółtej ściany z daszkiem

Tagi

, ,

Paryż, 44 rue Hamelin, listopad 1922.  Już kilka miesięcy temu Marcel Proust postawił ostatnią kropkę i powiedział “Teraz mogę umrzeć”. A jednak ciągle jeszcze poprawia, to trzecia korekta Uwięzionej. Leży, półleży w ciemnym, cichym, obitym korkiem pomieszczeniu. Jest krańcowo wycieńczony, już nie je nawet owych dwu croissantów, które przez lata trzymały jego ciało przy życiu, podobno pije jeszcze piwo, zimne piwo dostarczane z ulubionego hotelu Ritz. W nocy z 16 na 17 listopada czyta raz jeszcze scenę agonii Bergotte’a, wraca do Vermeera i “najpiękniejszego obrazu świata”, jeszcze uzupełnia, dyktuje Celeście parę zdań. 18 listopada umiera.

[…] zalecono mu spokój. Ale ponieważ jakiś krytyk napisał, iż w Widoku Delft Ver Meera (wypożyczonym przez muzeum haskie na wystawę Holendrów) – obrazie, który Bergotte uwielbiał sądząc, że go zna bardzo dobrze – kawałek żółtej ściany, której Bergotte sobie nie przypominał, wymalowany jest tak wspaniale, że kiedy się patrzy wyłącznie na ten fragment, wydaje się niby szacowne dzieło sztuki chińskiej, samowystarczalne w swojej piękności, Bergotte zjadł parę kartofli, wyszedł z domu i udał się na wystawę.

vermeer.d

Czytaj dalej

Bohemiana 12 : wysłużony wdzięk pałacu Colloredo-Mansfeldów.

Tagi

,

Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że 90% z paru milionów turystów odwiedzających co roku Pragę przejdzie obok tego budynku. Lokalizacja pierwszorzędna, prestiżowa: ulica Karlová, z jednej strony, niemal na wyciągnięcie ręki, jezuicki kościół  Zbawiciela (Nejsvětějšího Salvátora) wtopiony w monumentalne założenie Karolinum, z drugiej strony Křižovnické náměstí, tuż, tuż, staromiejska Brama Mostowa wiodąca na most Karola, w poprzek ulica Křižovnická.  Pałac Colloredo-Mansfeldów nie wzbudza zainteresowania turystów. Okazała brama prowadzi na dziedziniec, ale ileż takich bram i dziedzińców mijamy chodząc po Pradze!

colloredo1

Praha 1-Staré Město, Karlova 189/2. Źródło: Wikimedia (VitVit)

Więc ludzki rój sunie ulicą w tę i we w tę, jedni w stronę staromiejskiego rynku, drudzy ku Hradczanom. A w pałacu Colloredo można się zaszyć w nieoczekiwanej ciszy i nostalgicznej atmosferze czasów przeszłych dokonanych. Dziś to własność praskiej galerii narodowej, miejsce czasowych wystaw sztuki współczesnej, dojmująco puste, choć dostępne za darmo. Lido po sezonie, śmierć w Wenecji.

Czytaj dalej

Niderlandiana 18: Kobiety Vermeera

Tagi

, ,

(na marginesie wystawy  Vermeer i mistrzowie malarstwa rodzajowego )

Johannes Vermeer portretów nie malował. Długa zresztą jest lista tego, czego nie malował: ani dzieci, ani zwierząt, ani martwych natur, ani morza, ani w ogóle pejzażu, wyjąwszy dwie delfckie weduty, w skali makro i mikro, ani “historii”, jeśli nie liczyć młodzieńczego Chrystusa w domu Marii i Marty i Toalety Diany. Prawie całe jego oeuvre to kameralistyka. W wielorakim sensie: “camera” – izba jest scenerią, kameralne są uwiecznione sceny, camera obscura zapewne pośredniczyła między tym, co widziane a płaszczyzną obrazu.

Te intymne sceny z wnętrza holenderskiego domostwa, zaaranżowane często w tym samym narożniku pokoju, przy tym samym oknie, to przede wszystkim przedstawienia istot domowych, kobiet. Raz jest to pani domu ważąca coś na szalkach, innym razem mierząca przed lustrem perłowy naszyjnik, pisząca list, odbierająca list z rąk służącej, grająca na szpinecie. Ciężarna (?) w błękitnym kaftanie czyta, chyba nie tyle miłosny liścik, co wiadomość z dalekiego świata, podpowiada nam ścienna mapa w tle. Może to owa “czekająca na powrót statku”, o której pisał Johan Huizinga? Innym razem służąca w skupieniu przelewająca mleko, dziewczyna nachylona nisko nad koronczarską robótką.

ver1

ok. 1662-1663, Amsterdam, Rijksmuseum. Źródło ilustracji: Wikimedia.

Czytaj dalej

Niderlandiana 17 : Dwaj giganci

Tagi

, ,

Łatwo ulec pokusie zbyt prostej opozycji Rembrandta i Vermeera. Na pozór wszystko ich różni.

Oeuvre Rembrandta liczy się w setkach obrazów, rycin i rysunków, lista wciąż dyskutowana i weryfikowana, kurczy się, ale niezmiennie imponująco długa. Dorobek Vermeera to niespełna czterdzieści obrazów, w większości raczej: obrazków, żadnych studiów, żadnych szkiców, jakby malował alla vista, albo jakby chciał zatrzeć wszelkie ślady.

Życie pierwszego znamy może nie w detalach, ale jednak nieźle; człowiek z krwi i kości, emocjonalny, uparty, dumny, lekkomyślny, niezależny, na drodze życia po kolei pojawiają się i odchodzą: głęboko pobożna matka, bogata, dobra i pogodna żona, zdolny, ale nie aż tak, jak tego oczekiwał, syn, oddana służąca-kochanka-opiekunka  (Kobiety Rembrandta), jest powodzenie, bankructwo, śmierć bliskich, samotność. Drugi kryje się za kilkoma zdawkowymi notatkami urzędowymi, znamy adresy, żonę i jej matkę, imiona licznych dzieci, to on umrze pierwszy i zostawi gromadę domowników, na całą biografię starczy kartka papieru.

remb13  vermeer

Twarz jednego znamy (a może raczej sądzimy, ze znamy) w dziesiątkach odsłon, min, kostiumów, w każdym okresie życia, z przenikliwych, pozowanych wizerunków własnych, choć niekoniecznie autoportretów (Tysiące twarzy, setki miraży). Twarz drugiego pozostaje nieznana, nawet jeśli badacze  próbują zobaczyć go w patrzącym nam w oczy młodym mężczyźnie z Żołnierza i kuplerki, a dla innych pewnie już na zawsze będzie miał amimiczną twarz Colina Firtha.

Czytaj dalej

Bohemiana 11: uliczki niekoniecznie złote

Tagi

Co skłania tabuny dorosłych ludzi płci obojga, wszystkich ras i języków do przemierzania hradczańskiej Złotej uliczki? Do zaglądania kolejno do wszystkich mikrodomków? Do pstrykania zdjęć z lewa, z prawa i en face każdej chałupce? Czy to ukryte głęboko pragnienie przyłapania w końcu krasnoludka – bo przecież gdzieś są, choć jakoby ich nie było? Czy działa magia legendy Rudolfa II, cesarza-alchemika – może gdzieś tu został ślad, trop prowadzący do formuły, tej, której poszukiwanie do szaleństwa doprowadziło niejednego władcę, a niejednego wynalazcę zawiodło do więzienia? Może w tych domkach skupia się i ucieleśnia cała „magiczna Praga”, którą kreują przewodniki, Praga alchemików, rabinów i Golema? Są pewnie i tacy, którzy chcą dotknąć śladów Franza Kafki albo Jaroslava Seiferta… ale doprawdy, są w Pradze znacznie ciekawsze miejsca z nimi związane.

zlata

Źródło: Wikimedia (Klaus Graf)

Uliczka kiedyś prawdopodobnie Złotnicza, ale raczej nie mieszkali tu poszukujący kamienia filozoficznego alchemicy. Od XVI wieku zasiedlona przez zamkowych strażników, potem drobnych rzemieślników i urzędników.  Niegdysiejsze drewniane budki zastąpiły murowane domki, zbudowane na polecenie gospodarnej cesarzowej Marii Teresy, potem zaniedbane, w XIX wieku stały się ponurym przytuliskiem praskiej biedoty. Dziś Złota uliczka jest doskonałym produktem marketingowym, pełna gadżetów i sama jest jednym wielkim gadżetem. Otrzymuje ją w pakiecie każdy,  kto wykupi bilet na podstawową trasę zwiedzania Hradu: katedra, zamek, święty Jerzy i te właśnie zapadnięte w sobie, wtulone w siebie domeczki, odmalowane, wyświeżone, nie łudźmy się, że dotkniemy atmosfery rzemieślniczego domku sprzed wieków, że poczujemy na własnej skórze, jak niełatwo się żyło i pracowało.

A są w Pradze miejsca, gdzie ten trud i urok dawnego życia da się uchwycić, pamiątki skromnego bytowania zobaczyć. To osiedla robotnicze, gąszcz domeczków przyklejonych do skarpy, wijące się zaułki i strome schody albo miniaturowe szeregowce z ogródkami jak chustka do nosa.

Czytaj dalej

Gnom i rycerz czyli Nocne strachy

Tagi

,

Ostatnia audycja z cyklu Jest taki obraz (Nocna mara : makabra i rozgłos w jednym) przywołała wspomnienia niegdysiejszych lęków.  Obraz Füssliego, o którym rozmawiali Michał Montowski i dr Grażyna Bastek, towarzyszy mi od lat, budząc kiedyś paniczny strach, potem rozbawienie. Pamiątka z dzieciństwa.

W spadku po wuju mojej mamy, starym kawalerze o nienagannych przedwojennych manierach, miłośniku i zbieraczu rzeczy ładnych albo po prostu wiekowych, trafiła do nas i zawisła na ścianie barwna akwaforta przedstawiająca śpiącą, a może omdlewającą dziewczynę, dręczoną przez senne upiory. Pulchna, jasnowłosa, cera ma bladą, ale rumieniec na licu pała, to więcej niż rumieniec: niezdrowe wypieki. Na jej brzuchu przykucnął ohydny stwór ziemistej barwy, łysy gnom, stary skrzat o wyłupiastych oczach i spiczastych uszach. Zza kotary sypialni wychyla się coś na kształt końskiego łba, ale to chyba koń skrzyżowany z ropuchą albo hipopotamem. Tak to widziałam wtedy.  A raczej – starałam się nie patrzeć, bo w siedmiolatce scena budziła grozę trudną do opisania.

nocna1

Painted by H. Fusley, engraved by T. Burke, published July 1st. 1802 by S.W. Fores, 50 Piccadilly

Czytaj dalej

Niderlandiana 16 : na początku był Heda

Tagi

, ,

Czasem ojciec zabierał mnie do muzeum. To były przedpołudnia, bo pamiętam naturalne oświetlenie. A więc musiały to być niedziele, bo w jaki inny dzień mielibyśmy wolne przedpołudnie?  Jak trudno dziś przypomnieć sobie, że sobota była dniem roboczym i dniem szkolnej nauki, że dopiero po południu codzienność spuszczała nas ze smyczy na krótkie święto… Więc niedziela. Mam sześć, siedem, osiem lat?

Zwykle przechodzimy przez malarstwo polskie: Canaletto – identyfikujemy place, ulice i budynki ; Matejko – upewniamy się, że ciągle bije się pod Grunwaldem praszczur mamy, spyta nas o to, kiedy wrócimy do domu ; Michałowskiego syn z kudłatym psem, zawsze chciałam mieć psa.  Czasem zaglądamy do starożytności, czasem do Włochów. Ale zawsze na deser będzie Holandia.

Pustawe sale, podłoga skrzypi. Tu mamy swoje ulubione obrazy. Pietera Nasona portret łagodnego mężczyzny o wilgotnych oczach, przy którym ojciec zwykle trochę się wzruszał. On też miewał takie wilgotne oczy – wspomnienia? – wtedy głos mu się łamał i oboje czuliśmy zażenowanie. Ojciec, bo nie zwykł się odsłaniać, wychylać zanadto ze swego ślimaczego domku. Ja, z obawy, że on się  rozklei i nie będę wiedziała, jak się zachować, by nie urazić, ale i nie zawieść. Zakłopotanie, trochę może i złość dziecka, przed którym dorosły pokazuje słabość,  obarczając problemami nie do udźwignięcia. Może dlatego trochę mniej niż ojciec miałam sentymentu do portretu Nasona?

I był Heda. Nasz wspólny ulubieniec.

heda2

Willem Claesz Heda, Martwa natura (Vanitas), 1637, Muzeum Narodowe w Warszawie

Czytaj dalej